Dochodzą mnie słuchy, jak to w Polsce posypało i przymroziło, więc opowiem o tutejszej zimie. Nas też zasypało – sypało śniegu, sypało, sypało i.... zebrało się tego aż ze 3 centymetry! Ta oszałamiająca ilość wystarczyła, aby Anglicy dostali jakiegoś amoku i ogłosili klęskę żywiołową – zamknęli niektóre lotniska, odwołali pociągi i autobusy. Jak ktoś dojechał do pracy witano go kwiatami, a ci, którym się nie udało otrzymali wyrazy współczucia, że pogoda uwięziła ich w domu.
Dla mnie najfajniejsze było to, że na trzy dni zamknęli prawie wszystkie szkoły. Nie mogłam uwierzyć, jak dostałam telefon, że moja też jest wśród tych zamkniętych – pamiętam te czasy, gdy zasuwało się do szkoły w mróz 25 stopni i po kolana w śniegu, a jak chciało się dojechać do pracy trzeba było najpierw odkopać, przy pomocy łopaty, biały wzgórek, pod którym ukryty był mój samochód (albo sąsiada, bo odkopywanie odbywało się metodą chybił- trafił).
Później jednak przyjrzałam się światu i przestałam się dziwić. 3 centymetry śniegu to rzeczywiście spory problem, gdy ktoś w życiu nie słyszał o pługu, piaskarce i solarce. Śnieg na chodnikach do dziś ma się dobrze, ponieważ tubylcy nie opanowali jeszcze sztuki posługiwania się łopatą, a soli używają wyłącznie w celach gastronomicznych . A chodzić po tym śniegu szczególnie trudno, gdy jedyne „zimowe” obuwie to kalosze albo najnowsze adidasy – nic ciepłego tu nie uświadczysz. Za kurtki zimowe robią płaszcze przeciwdeszczowe – za dużo ciepła nie dają, ale za to jak fajnie się w nich wygląda :)
Od jutra podobno odwilż – aż boję się pomyśleć, co to będzie – ze względów bezpieczeństwa pewnie znowu coś zamkną – najlepiej siebie – w szpitalach psychiatrycznych...
wtorek, 12 stycznia 2010
piątek, 18 grudnia 2009
Święta, Święta...
Właściwie, to trochę się spóźniłam, bo tu Świąteczna gorączka zaczęła się jakoś w połowie Października. Nie powiem - na początku zdziwiły mnie wszechobecne, uśmiechnięte gęby Mikołajów, czerwone nosy Rudolfa, zaróżowione policzki aniołków i przystrojone choinki. Zdziwiły mnie też tłumy kupujące Świąteczne przysmaki, kilometry papieru do pakowania prezentów i różne inne, mocno kiczowate dekoracje. Dla mnie było zdecydowanie za wcześnie. W listopadzie przeżyłam chwilę grozy, gdy koleżanka w pracy wyznała, że ma już wszystkie prezenty i w zasadzie jest gotowa na Święta. Dałam się wrobić – zaczęłam panikować, że nie zdążę, że nie dam rady, że zaraz lecę stać w kolejkach i kupować, kupować, kupować. Na szczęście po chwili mi przeszło, spokojnie doczekałam do połowy Grudnia i wybrałam się po swoją choinkę. Opłacało się czekać, ponieważ wszystko zostało już mocno przecenione, bo, jak wyjaśnił mi uprzejmy Pan Sprzedawca, na kupowanie choinki to już w zasadzie za późno! Miał przy tym taką minę, jakbym poprosiła go o coś bardzo, bardzo nie na czasie – ot, koszyczek Wielkanocny, albo co.
A teraz przysmaki – kiedyś śmiałam się z węgierskiego pisarza, który stwierdził, że Anglicy może i mają dobre jedzenie, ale przyrządzą je w taki sposób, że absolutnie nie da się go zjeść. I wiecie co? Miał rację! Tradycyjna angielska potrawa na Świąteczny stół to pieczony indyk, warzywa i ziemniaki – niestety, tubylcy chyba bardzo lubią korzystać ze swoich piekarników, więc będą w nich trzymać rzeczonego indyka dopóki nie stanie się suchy i wiórowaty, a warzywa dla odmiany będą tak wodniste i mięciutkie, że jak tyko uda się je nadziać na widelec, za chwilę z niego spadną robiąc bardzo wilgotne „plum” na talerz. Sytuacji nie ratuje nawet deser – tradycyjny pudding pochodzi chyba z czasów, gdy wartość deseru obliczano na podstawie zużytego do jego przygotowania cukru – im więcej, tym, lepiej. Jeśli więc uwielbiacie deser o smaku „obrzydliwie słodki,” to zapraszam do Zjednoczonego Królestwa.
Ale co tam – mimo wszystko mam nadzieję, że Święta to nie tylko ten nieszczęsny indyk i bryła cukru, czego życzę i sobie i innym.
Ze Świątecznymi pozdrowieniami, multikulturowo:
http://www.youtube.com/watch?v=MHkfPjW0aRg
A teraz przysmaki – kiedyś śmiałam się z węgierskiego pisarza, który stwierdził, że Anglicy może i mają dobre jedzenie, ale przyrządzą je w taki sposób, że absolutnie nie da się go zjeść. I wiecie co? Miał rację! Tradycyjna angielska potrawa na Świąteczny stół to pieczony indyk, warzywa i ziemniaki – niestety, tubylcy chyba bardzo lubią korzystać ze swoich piekarników, więc będą w nich trzymać rzeczonego indyka dopóki nie stanie się suchy i wiórowaty, a warzywa dla odmiany będą tak wodniste i mięciutkie, że jak tyko uda się je nadziać na widelec, za chwilę z niego spadną robiąc bardzo wilgotne „plum” na talerz. Sytuacji nie ratuje nawet deser – tradycyjny pudding pochodzi chyba z czasów, gdy wartość deseru obliczano na podstawie zużytego do jego przygotowania cukru – im więcej, tym, lepiej. Jeśli więc uwielbiacie deser o smaku „obrzydliwie słodki,” to zapraszam do Zjednoczonego Królestwa.
Ale co tam – mimo wszystko mam nadzieję, że Święta to nie tylko ten nieszczęsny indyk i bryła cukru, czego życzę i sobie i innym.
Ze Świątecznymi pozdrowieniami, multikulturowo:
http://www.youtube.com/watch?v=MHkfPjW0aRg
środa, 11 listopada 2009
Praca ciąg dalszy - dla tych o mocnych nerwach
Narzekałam ostatnio na nudy w swojej pracy – doigrałam się – wczorajszy dzień dla odmiany był pełen atrakcji. I to jakich! W ramach szkolenia wysłano mnie do nursery – czyli klasy, do której uczęszczają mniej-więcej czteroletnie żuczki. Dzieciątka są przesłodkie i kochane, dopóki nie zbliżysz się do nich na odległość oddziaływania własnego węchu. Tylko osoba z mocną alergią i chronicznym nieżytem nosa może czuć się tam bezpieczna. Na dokładkę jeden żuczek zrobił kupkę w majtochy – w sumie nic strasznego – w tym wieku jeszcze może się zdarzyć. Najdziwniejsze jednak było to, że panie nauczycielki zamiast rzeczonego żuczka wyjąć z brudnych majtek i zdezynfekować, zamknęły go w łazience i zadzwoniły po mamę. Mama musiała przyjechać Bóg wie skąd, żeby go przebrać. Nie muszę dodawać, że trochę to trwało, więc gama zapachów unoszących się w klasie była wprost nie do opisania. Widząc moje wielkie zdziwienie, bo mi, naiwnej, wydawało się, że szybciej i prościej byłoby żuczka posprzątać na miejscu, pani nauczycielka wyjaśniła, że nie można wyczyścić kupki, ponieważ wiąże się to z dotykaniem miejsc intymnych dziecka, co w tym kraju uważane jest za zbrodnię gorszą od ludobójstwa. Lepiej niech kupa sobie zasycha, przyrasta i doprowadza do rozmaitych problemów dermatologicznych – tymi zajmie się lekarz, policja (bo dziecko zostało zaniedbane i należy odebrać rodzicom prawa rodzicielskie) lub straż pożarna – ta wprawdzie nie pomoże, ale zostanie wezwana tak na wszelki wypadek i fajnie poświeci kogutami.
Na tym nie koniec atrakcji – inny żuczek zwymiotował podczas obiadu. Niestety – siłę odrzutu miał na tyle dużą, że spryskał siedzącego obok kolegę i wszystko w okolicy. Facet miał mocne nerwy, bo wcale się tym nie przejął i dalej wsuwał swoją kanapkę, natomiast znajdującym się na sali dorosłym zupełnie odbiło – obsypali biedaka, jego obrzyganego kolegę i jeszcze z pół stołówki jakimś białym proszkiem i kazali siedzieć i czekać, aż wszystko się wchłonie. Już nie czekałam, by sprawdzić, czy rzygający i obrzygany też mieli się wchłonąć – miałam dość atrakcji jak na jeden dzień i wróciłam do robienia moich dziurek.
Na tym nie koniec atrakcji – inny żuczek zwymiotował podczas obiadu. Niestety – siłę odrzutu miał na tyle dużą, że spryskał siedzącego obok kolegę i wszystko w okolicy. Facet miał mocne nerwy, bo wcale się tym nie przejął i dalej wsuwał swoją kanapkę, natomiast znajdującym się na sali dorosłym zupełnie odbiło – obsypali biedaka, jego obrzyganego kolegę i jeszcze z pół stołówki jakimś białym proszkiem i kazali siedzieć i czekać, aż wszystko się wchłonie. Już nie czekałam, by sprawdzić, czy rzygający i obrzygany też mieli się wchłonąć – miałam dość atrakcji jak na jeden dzień i wróciłam do robienia moich dziurek.
poniedziałek, 9 listopada 2009
Moja praca
Protoplasta Profesora Miodka antycypował wymyślając formę zwrotną czasownika „uczyć się.” Dokładnie to robią w szkołach tutejsze dzieci. Uczą SIĘ. Same. Ich nauczyciele są zbyt zajęci wypisywaniem sprawozdań, raportów, raportów ze sprawozdań i sprawozdań z raportów, a następnie wkładaniem ich w opasłe segregatory, aby poświęcić dzieciakom choćby chwilę swojego cennego czasu. Serio – od 3 tygodni pracuję w szkole. Teoretycznie powinnam uczyć dzieci, ale w praktyce ledwie je widuję. Dodam tylko, że w instytucji liczącej sobie ponad 450 uczniów jest to nie lada osiągnięciem. Zamiast uczyć, mam wymyślać indywidualne plany nauczania i zastanawiać się, jaki będzie przyrost wiedzy moich podopiecznych. Tylko nad czym się tu zastanawiać? Skoro dzieci uczą SIĘ, a nie są uczone, pewnie nie będzie oszałamiający. Ja zaś wkrótce osiągnę wyższy stopień wyspecjalizowania w robieniu dziurek dziurkaczem, nadziewania owych dziurek na widełki segregatora i przykrywania tychże dziurek różnymi kolorowymi przekładkami. Tylko te dziurki potrzebne tym dzieciom jak dziurka w moście...
sobota, 24 października 2009
I dodaj szczyptę Paracetamolu...
Ostatnio zastanawiałam się, po co koncerny farmaceutyczne na całym świecie wydają ogromne fortuny na wynajdowanie nowych leków i przeprowadzanie kosztownych badań i testów, skoro brytyjscy lekarzeż dawno wymyślili cudowny lek na absolutnie wszystko. Serio!
Kilka dni po przyjeździe zapisałam się tu do lekarza – nie było to łatwe, bo najpierw przez parę godzin poszukiwałam gabinetu - schodziłam całą wieś wzdłuż i wszerz, ale im dłużej chodziłam, tym bardziej okazywało się, że pod wskazanym adresem znajduje się jedynie zardzewiały blaszak, przypominający dawne sklepy spożywczo przemysłowe na komunistycznych wsiach o populacji 5i pół mieszkańca. Przy trzeciej rundzie dokoła blaszaka odważyłam się zapytać nadchodzącego tubylca, gdzie przyjmuje lekarz, a gdy tubylec wskazał rzeczony blaszak, miałam tylko dwie opcje: albo uznać, że tubylec stuknięty i zacząć czwartą rundę dokoła blaszaka, albo zaufać jego autochtońskiej wiedzy i przekonać się o tym osobiście. Ku memu zdziwieniu tubylec nie kłamał – w środku, na zydelku, siedział przyozdobiony w turban pan doktor. Po zadaniu mi kilku podchwytliwych pytań, podarował mi receptę na paracetamol – 300 sztuk, wystarczyłoby dla całej, dość licznej rodziny - bo przyznałam się, że trochę boli mnie kolano.
Kolejna wizyta, przy której skarżyłam się na ból gardła też zaowocowała receptą na paracetamol. Tak tak - kolejne 300 sztuk! Ból gardła – paracetamol. Ból głowy, paracetamol. Ból zęba – paracetamol. Później dowiedziałam się, ze przy porodzie też podają paracetamol. Depresja – paracetamol. Kłopoty ze snem – paracetamol itd itp.
A zatem, w sezonie intensywnie grypowym, gotując coś pysznego, nie zapomnij o szczypcie paracetamolu.... Może i nie pomoże, ale jak fajnie będzie smakować....
Kilka dni po przyjeździe zapisałam się tu do lekarza – nie było to łatwe, bo najpierw przez parę godzin poszukiwałam gabinetu - schodziłam całą wieś wzdłuż i wszerz, ale im dłużej chodziłam, tym bardziej okazywało się, że pod wskazanym adresem znajduje się jedynie zardzewiały blaszak, przypominający dawne sklepy spożywczo przemysłowe na komunistycznych wsiach o populacji 5i pół mieszkańca. Przy trzeciej rundzie dokoła blaszaka odważyłam się zapytać nadchodzącego tubylca, gdzie przyjmuje lekarz, a gdy tubylec wskazał rzeczony blaszak, miałam tylko dwie opcje: albo uznać, że tubylec stuknięty i zacząć czwartą rundę dokoła blaszaka, albo zaufać jego autochtońskiej wiedzy i przekonać się o tym osobiście. Ku memu zdziwieniu tubylec nie kłamał – w środku, na zydelku, siedział przyozdobiony w turban pan doktor. Po zadaniu mi kilku podchwytliwych pytań, podarował mi receptę na paracetamol – 300 sztuk, wystarczyłoby dla całej, dość licznej rodziny - bo przyznałam się, że trochę boli mnie kolano.
Kolejna wizyta, przy której skarżyłam się na ból gardła też zaowocowała receptą na paracetamol. Tak tak - kolejne 300 sztuk! Ból gardła – paracetamol. Ból głowy, paracetamol. Ból zęba – paracetamol. Później dowiedziałam się, ze przy porodzie też podają paracetamol. Depresja – paracetamol. Kłopoty ze snem – paracetamol itd itp.
A zatem, w sezonie intensywnie grypowym, gotując coś pysznego, nie zapomnij o szczypcie paracetamolu.... Może i nie pomoże, ale jak fajnie będzie smakować....
środa, 7 października 2009
Angielska moda i uroda, czyli jak pozbyłam się kompleksów
Do niedawna, chodząc po warszawskich ulicach, nie potrafiłam zrozumieć, o co chodzi z tym stwierdzeniem, że polskie dziewczyny są takie śliczne. Po pięciu minutach na tutejszej High Street już wiem.
Punkt 1: wszerz
W filmie, Bridget Jones wkładała sobie obciskające majtochy, aby ukryć nadmiar swoich pośladków – niestety, wiele tutejszych pań doprowadziło tę sztuczkę do ekstremum i wkłada na siebie obciskające wszystko: spódniczki, spodenki, bluzeczki, buciki. Nie wiem, czy te ubranka zabrały córce, czy też są to relikty z czasów, gdy tych pań było parę kilo mniej, ale fakt jest faktem – ich garderoba jest za ciasna. Niestety, w przyrodzie nic nie ginie, więc to, co sprasowały spodenki wylewa się i dynda tuż nad spodenkami, to, co sprasowała bluzeczka wypływa linią dekoltu, a sprasowane łydki otulają buciki mięciuchną falbanką dyndającego nad cholewką tłuszczu. Może nie znam się na kanonach piękna, ale moim zdaniem efekt jest porażający!
Punkt 2: wywoływanie urody
Wszystkie znamy te sztuczki – makijaż, perfumy, lakier do paznokci, farba do włosów. Tu jednak stosuje się te kosmetyki inaczej. Ilości makijażu nie powstydziliby się drag queens z problemami skórnymi, lakier do paznokci nakłada się w taki sposób, by jak najmniej pasował do garderoby (np. różowy do czerwonej bluzeczki), ale za to idealnie współgrał z landrynkowo-różową komórą. Panuje też moda na naturalność, czyli do diabła z perfumami – dużo fajniej pachnieć SOBĄ, nawet po tygodniu bojkotowania prysznica. Inaczej jest z farbą do włosów – jak jest, nie należy pokazywać się na ulicy dopóki nie wyhoduje się kilkucentymetrowych odrostów – wtedy można wyjść i z dumą pokazać je innym.
Punkt 3: zachowanie
Przez pierwsze kilka dni ciekawie wyglądałam przez okno słysząc wrzaski na ulicy – no wiecie – mordują kogoś, pomóc trzeba. Przestałam. Jak dotąd wrzaski były tylko forpocztą zbliżającej się hordy dziewczyn świętujących wieczór panieński, piątek, sobotę, niedzielę lub inny dzień tygodnia. Nauczyłam się też deklinować słowo FUCK we wszystkich możliwych kontekstach i związkach frazeologicznych – myślę, że w wolnej chwili opracuję gruby słownik pod tytułem „The usage of the word fuck.” Jeśli doda się do tej ilości decybeli wyraz twarzy mijanych dziewczyn, coś pomiędzy bezgraniczną pogardą a cierpieniem młodego Wertera, przestaje dziwić fakt, że spada im tutaj przyrost naturalny – ja też nie próbowałabym zgadać takiej falującej tłuszczem, obłożonej grubą warstwą tynku, rozwrzeszczanej masy.
I w ten oto sposób skończyły się moje kompleksy – chwilowo nic mi nie dynda i nie faluje, gdy siadam w autobusie, moje pośladki zajmują tylko jedno siedzenie i na dokładkę, gdy się uśmiechnę nie pęka mi makijaż na twarzy. Tylko błagam – niech ten styl (????) nie dotrze do Polski!!!
Punkt 1: wszerz
W filmie, Bridget Jones wkładała sobie obciskające majtochy, aby ukryć nadmiar swoich pośladków – niestety, wiele tutejszych pań doprowadziło tę sztuczkę do ekstremum i wkłada na siebie obciskające wszystko: spódniczki, spodenki, bluzeczki, buciki. Nie wiem, czy te ubranka zabrały córce, czy też są to relikty z czasów, gdy tych pań było parę kilo mniej, ale fakt jest faktem – ich garderoba jest za ciasna. Niestety, w przyrodzie nic nie ginie, więc to, co sprasowały spodenki wylewa się i dynda tuż nad spodenkami, to, co sprasowała bluzeczka wypływa linią dekoltu, a sprasowane łydki otulają buciki mięciuchną falbanką dyndającego nad cholewką tłuszczu. Może nie znam się na kanonach piękna, ale moim zdaniem efekt jest porażający!
Punkt 2: wywoływanie urody
Wszystkie znamy te sztuczki – makijaż, perfumy, lakier do paznokci, farba do włosów. Tu jednak stosuje się te kosmetyki inaczej. Ilości makijażu nie powstydziliby się drag queens z problemami skórnymi, lakier do paznokci nakłada się w taki sposób, by jak najmniej pasował do garderoby (np. różowy do czerwonej bluzeczki), ale za to idealnie współgrał z landrynkowo-różową komórą. Panuje też moda na naturalność, czyli do diabła z perfumami – dużo fajniej pachnieć SOBĄ, nawet po tygodniu bojkotowania prysznica. Inaczej jest z farbą do włosów – jak jest, nie należy pokazywać się na ulicy dopóki nie wyhoduje się kilkucentymetrowych odrostów – wtedy można wyjść i z dumą pokazać je innym.
Punkt 3: zachowanie
Przez pierwsze kilka dni ciekawie wyglądałam przez okno słysząc wrzaski na ulicy – no wiecie – mordują kogoś, pomóc trzeba. Przestałam. Jak dotąd wrzaski były tylko forpocztą zbliżającej się hordy dziewczyn świętujących wieczór panieński, piątek, sobotę, niedzielę lub inny dzień tygodnia. Nauczyłam się też deklinować słowo FUCK we wszystkich możliwych kontekstach i związkach frazeologicznych – myślę, że w wolnej chwili opracuję gruby słownik pod tytułem „The usage of the word fuck.” Jeśli doda się do tej ilości decybeli wyraz twarzy mijanych dziewczyn, coś pomiędzy bezgraniczną pogardą a cierpieniem młodego Wertera, przestaje dziwić fakt, że spada im tutaj przyrost naturalny – ja też nie próbowałabym zgadać takiej falującej tłuszczem, obłożonej grubą warstwą tynku, rozwrzeszczanej masy.
I w ten oto sposób skończyły się moje kompleksy – chwilowo nic mi nie dynda i nie faluje, gdy siadam w autobusie, moje pośladki zajmują tylko jedno siedzenie i na dokładkę, gdy się uśmiechnę nie pęka mi makijaż na twarzy. Tylko błagam – niech ten styl (????) nie dotrze do Polski!!!
czwartek, 1 października 2009
Odwrotnie
Odwrotnie, czyli po drugiej stronie lustra
Mimo tego, że uczę się być jak Brytyjczyk, nadal zadziwia mnie ilość rzeczy, które należy tutaj robić ODWROTNIE. Weźmy pociągi: u nas pociąg dojeżdża na stację, zatrzymuje się, ludzie otwierają drzwi i wysiadają. Na dokładkę wszyscy wiedzą, że nie należy wychylać się zbytnio przez okno – można wypaść, mucha może wpaść w oko albo coś w tym rodzaju. Tu jest inaczej – pociąg dojeżdża do stacji, ludzie otwierają okno, wychylają się na zewnątrz, aby dosięgnąć znajdującą się na zewnątrz klamkę (tak, tak – wewnątrz nie ma klamki – nie dasz rady otworzyć drzwi od wewnątrz), otwierają drzwi i wysiadają – nic dziwnego, że tu wszyscy tak fajnie rozciągnięci - tych okienno – klamkowych akrobacji nie powstydziłby się niejeden cyrkowiec!
Jak łatwo się domyślić, wszystkie gałki i pokrętła obracają się w odwrotną stronę – na początku dziwiło mnie, dlaczego ryż na palniku, który, jak sądziłam, włączyłam, jeszcze się nie ugotował, natomiast w garnku, który stał na wyłączonym palniku, stopiły się uszy i popękało denko. Zanim okiełznałam piekarnik minęło kolejnych kilka dni, ale teraz potrafię już odgrzać pizzę, nie doprowadzając do interwencji straży pożarnej. Nie zostawiam też otwartego mieszkania – tak, tak, zamek też zamyka się w odwrotna stronę.
Nie muszę dodawać, że te wszystkie ODWROTNOŚCI przysporzyły mi nowych siwych włosów, więc udałam się do sklepu i kupiłam farbę, aby ukryć swoje zmartwienia. Niestety – nie jestem jeszcze piękna i nie-siwa, bo farby do włosów też działają ODWROTNIE: u nas, przez ostatnie kilkanaście lat odkręcałam plastikową buteleczkę, wciskałam w nią tubkę z farbą, a na samym końcu rzucałam na głowę balsam z saszetki. Niestety, nie przyszło mi do głowy przeczytać ulotki, tylko ciach tubkę do butelki i..... wyszło mi coś w rodzaju źle wymieszanego kisielu, bo tutaj w tubce jest balsam, a farba w saszetce. W efekcie ufarbowałam jedynie kosz na śmieci – pięknie i dostojnie wygląda w tych brązach, a ja dalej siwieję.
To tyle. Albo raczej Elyt ot!
Mimo tego, że uczę się być jak Brytyjczyk, nadal zadziwia mnie ilość rzeczy, które należy tutaj robić ODWROTNIE. Weźmy pociągi: u nas pociąg dojeżdża na stację, zatrzymuje się, ludzie otwierają drzwi i wysiadają. Na dokładkę wszyscy wiedzą, że nie należy wychylać się zbytnio przez okno – można wypaść, mucha może wpaść w oko albo coś w tym rodzaju. Tu jest inaczej – pociąg dojeżdża do stacji, ludzie otwierają okno, wychylają się na zewnątrz, aby dosięgnąć znajdującą się na zewnątrz klamkę (tak, tak – wewnątrz nie ma klamki – nie dasz rady otworzyć drzwi od wewnątrz), otwierają drzwi i wysiadają – nic dziwnego, że tu wszyscy tak fajnie rozciągnięci - tych okienno – klamkowych akrobacji nie powstydziłby się niejeden cyrkowiec!
Jak łatwo się domyślić, wszystkie gałki i pokrętła obracają się w odwrotną stronę – na początku dziwiło mnie, dlaczego ryż na palniku, który, jak sądziłam, włączyłam, jeszcze się nie ugotował, natomiast w garnku, który stał na wyłączonym palniku, stopiły się uszy i popękało denko. Zanim okiełznałam piekarnik minęło kolejnych kilka dni, ale teraz potrafię już odgrzać pizzę, nie doprowadzając do interwencji straży pożarnej. Nie zostawiam też otwartego mieszkania – tak, tak, zamek też zamyka się w odwrotna stronę.
Nie muszę dodawać, że te wszystkie ODWROTNOŚCI przysporzyły mi nowych siwych włosów, więc udałam się do sklepu i kupiłam farbę, aby ukryć swoje zmartwienia. Niestety – nie jestem jeszcze piękna i nie-siwa, bo farby do włosów też działają ODWROTNIE: u nas, przez ostatnie kilkanaście lat odkręcałam plastikową buteleczkę, wciskałam w nią tubkę z farbą, a na samym końcu rzucałam na głowę balsam z saszetki. Niestety, nie przyszło mi do głowy przeczytać ulotki, tylko ciach tubkę do butelki i..... wyszło mi coś w rodzaju źle wymieszanego kisielu, bo tutaj w tubce jest balsam, a farba w saszetce. W efekcie ufarbowałam jedynie kosz na śmieci – pięknie i dostojnie wygląda w tych brązach, a ja dalej siwieję.
To tyle. Albo raczej Elyt ot!
Subskrybuj:
Posty (Atom)
